Czy przedsięwzięcia internetowe z nurtu Web 2.0 mają solidne podstawy biznesowe? Czy nasze kontakty z serwisów społecznościowych okażą się trwałe i przełożą się na wspólne działania w "realu"? Jeśli nowe media internetowe chcą być medialnym mainstreamem, odpowiedź na oba te pytania musi brzmieć "tak". Kryzys gospodarczy zweryfikuje siłę internetu.
Alek Tarkowski w blogu Kultura 2.0 zwrócił uwagę na kapitalną dyskusję, która trwa w znanym amerykańskim blogu Boing Boing. Zapoczątkował ją tekst, którego autorem jest Cory Doctorow – kanadyjski pisarz science fiction, bloger. Jego wpis ukazał się 17 lutego. Tytuł: "How are you coping with collapse-anxiety?" - co można przetłumaczyć tak: "Jak radzicie sobie z lękiem przed kryzysem?".
Doctorow przyznaje, że i jemu udziela się ten lęk. Ale najciekawsza jest dyskusja, która rozpętała się pod tekstem. Są w niej dziesiątki postów. Internauci dzielą się swoimi odczuciami i pomysłami na kryzys. Ich wyznania są przeróżne – od zabawnego "piję więcej", poprzez optymistyczne "kryzys? jaki kryzys? właśnie dostałem podwyżkę!" po poważne wyznania ludzi, którzy albo stracili pracę, albo obawiają się tego.
Jest i taki komentarz, który – tytułem dygresji – możemy potraktować jako dobrą, acz przewrotną radę: "Po kilkunastu latach rzuciłem pracę w internecie i spełniłem swoje marzenie – zostałem licencjonowanym przewodnikiem wycieczek po moim mieście. Internet alienuje, dzieciaki, uważajcie!".
Pomyślałem sobie, że ta dyskusja pokazuje jak wielką moc w obliczu kryzysu mają społeczności internetowe.
Po pierwsze – to moc terapeutyczna. Nie ma nic gorszego niż zostać sam na sam ze swoim lękiem. Dzięki takiej dyskusji internetowej jak ta w Boing Boing wiemy, że nie tylko nas dotyka załamanie gospodarcze. Są inni. Jest ich wielu. Razem możemy podtrzymać się na duchu.
Po drugie – to moc twórcza i doradcza. Znacznie ważniejsza od tej terapeutycznej. W toku dyskusji możemy wymieniać się radami, co robić w kryzysie. Może też kreować pomysły na jakieś nowe przedsięwzięcia.
Po trzecie – być może punktem dojścia są "społecznościowe centra zarządzania kryzysowego", gdzie poszczególni uczestnicy poświęcają trochę czasu i umiejętności, by za darmo dołożyć swoją cegiełkę do jakichś wspólnych projektów.
Gdy rozmawialiśmy o tym w Blogoskopie Radia Wrocław, współprowadzący audycję Tomek Sikora słusznie zauważył, że w podobny sposób działają tzw. banki czasu. Taki bank działał (bo już chyba nie działa) we Wrocławiu. Czyżby prekursorska idea? Czy kryzys okaże się bodźcem do odrodzenia banków czasu?
Warunkiem skutecznego działania w kryzysie – zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznościowym – jest coś, co nazwałbym dogłębnym audytem własnych zasobów. I tych materialnych, i tych niematerialnych. Warto zadać sobie pytania typu: "co mam?", "co potrafię?", "co mógłbym robić, gdy za kilka miesięcy stracę pracę?", "kogo znam?", "kto i jak mógłby mi pomóc?" i – last but not least (może to nawet najważniejsze z pytań) - "komu i jak ja mógłbym pomóc?".
Efekt? Kryzys może zweryfikować prawdziwą moc znajomości, jakie zawieramy w "wirtualu". Jeśli okażą się trwałe i (w dobrym tego słowa znaczeniu) pożyteczne, to "drżyjcie narody" przed serwisami społecznościowymi i blogosferą :)
Ale ten sam kryzys może zweryfikować także biznesowy potencjał tego typu przedsięwzięć internetowych. Wszak sama "śmierć prasy" to za mało, by zaraz obwieścić "triumf internetu".
Dlatego z wielką ciekawością i nadzieją spoglądam na Facebooka, którego szef i założyciel Mark Zuckerberg – 25-latek! – zaproponował nowy model biznesowy dla takich przedsięwzięć: sprzedaż sprofilowanych grup użytkowników jako grup fokusowych korporacjom.
Jeśli ten model biznesowy sprawdzi się, to kto wie, czy nie stanie się on finansowym fundamentem nowych mediów. I wtedy rzeczywiście będziemy mogli obwieścić triumf internetu, erę Web 2.0.
Rzecz w tym, by z kryzysu gospodarczego internet wyszedł zwycięsko na dwóch polach: biznesowym i społecznościowym. By udowodnił, że potrafi jednocześnie zarabiać i działać w oparciu o nieskrępowaną, oddolną kreatywność samych internautów.
(Tekst jest skróconą i zmodyfikowaną wersją wpisu, który zamieściłem niedawno w serwisie DolnySlask24.info).
Chyba wszyscy poddają się nastrojowi kryzysowemu, ja również o tym częściej myślę. Zresztą opcja "dywersyfikacyjna" również przychodzi mi coraz częściej do głowy - tzn. szukam różnych zajęć nie związanych z internetem czy marketingiem. Tak jak napisałeś - zastanawiam się, "co mogę robić innego", co - do tego - dawałoby mi poczucie satysfakcji ;)
Macie rację, że internet alienuje. Iluzja posiadania coraz to większych ilości znajomych na przeróżnych portalach, pielęgnowanie ich i czynne udzielanie się na nich może sprawiać wrażenie, że człowiek jest jednostką społeczną. Daje także poczucie takiej jednostce, że jest doceniana, akceptowana - jednak kontakty wirtualne mają się nijak do życia w realu. Wraz ze wzrostem zaangażowania w społeczeństwa wirtualne, będąc tego świadomym lub nie, rzesze młodych ludzi tracą zdolność do życia w prawdziwym społeczeństwie.
Jednak internet to nie tylko jego użytkownicy - po drugiej stronie stoją twórcy społeczności.
Bardzo spodobal mi się przytoczony komentarz:
Moja sytuacja jest podobna.
..chciałbym zostać takim "licencjonowanym przewodnikiem", jednak chciałbym oprowadzać po internecie.
pzdr
TW
Ale to tylko chwilowa zabawa. Na dłuższą metę taki model jest ryzykowny. Dlatego z większą nadzieją spoglądałbym w stronę takich społeczności, których spoiwem jest coś więcej niż szkolne wspomnienia.
Ciekawym przykładem jest DolnySlask24.info - serwis blogerski, w którym mój powyższy tekst ukazał się w swojej pierwotnej wersji. Strona rozwijała się przez bodaj dwa lata. Aż w końcu spotykający się na niej ludzie uznali, że czas pogadać w "realu". W efekcie, wpierw poszliśmy na piwo. A potem zorganizowaliśmy debatę o kryzysie. Okazało się, że mamy o czym rozmawiać.
Teraz szykujemy drugą debatę w "realu". Jeśli ta formuła utrzyma się - będziemy zapewne mogli odtrąbić sukces społeczności, która narodziła się w "wirtualu" i dobrze sobie radzi w "realu".
Ale żeby móc tak ocenić tę naszą społeczność, trzeba zaczekać. Przynajmniej rok.
Ale czy ten model był dotąd stosowany na taką skalę?
Ale... tak już na marginesie, ten model facebooka to chyba raczej element całego engagement Ads, a opowiadanie tego w Davos to raczej element sprzedażowej kampanii PR.Gigant ubezpieczeniowy w USA mówi o stracie 60mld dolarów w 2008, a Zuckerberg mówi że jest przełom bo będzie ludziom rozdawał ankiety ;)
http://www.brief.pl/ludzie/wywiady/art145,tylko-nie-wchodz-z-butami.html
Dajmy szansę Zuckerbergowi ;)
A swoją drogą - jak oceniasz biznesowy potencjał "społecznościówek"?
Dokładnie tak.
Choć ktoś już kiedyś słusznie zwrócił uwagę, że te nowe typy kampanii reklamowych, o jakich opowiadasz w "Briefie" wymagają sporych zmian po stronie samych reklamodawców. Bo trzeba ich przekonać, że taka kampania ma sens. No i ktoś ją musi na bieżąco prowadzić. A ludzi, którzy potrafią to robić jest wciąż chyba niewielu.
1. Skoro "zasiegówka" bedzie z czasem umierała (?)
2. Wazny bedzie aspekt dotarcia i zaangażowania konsumentów:
http://blog.momentum.pl/?p=327
Dodaj komentarz