Agencja dobrze z(a)robi
Artur Kurasiński
milioner i geniusz
 

Mija prawie pół roku odkąd pożegnałem się z agencja interaktywna, w której zajmowałem fotel Art Directora (przez złośliwych byłem nazywany per „dyrektorze”). Całkiem niedawno ktoś zapytał się mnie jak to jest pracować w agencji zajmującej się nowymi technologiami (w domyśle – musi być zajefajnie i superkulersko). Wypaliłem „dziwnie”…A po zakończeniu rozmowy cały czas chodziło mi to po głowie – freudowska pomyłka czy jest cos na rzeczy?

No właśnie – K2 wybiera się na giełdę, reklama w Polsce wg IAB skoczyła o 53% i zewsząd słychać pochwalne peany na cześć nowego kanału pozyskiwania kasy od klientów – według ostrożnych wyliczeń udział Internetu w rynku reklamowym to juz 3,9% ( w porównaniu do lidera czy telewizji, która ma nadal około 50%)....

Powiem skromnie, ze miałem przyjemność pracowania z kilkoma agencjami interaktywnymi w Polsce (tych stand alone jak i przybudówek w postaci sieciowych agencji reklamowych). Pracowałem i współpracowałem jako klient, podwykonawca, partner – jednym słowem poobijałem się po rynku i śmiem twierdzić, ze dzięki licznie poznanym ludziom z tzw. „środowiska” mogę dokonać uogólnienia na rzecz nawet tych firm, z którymi miałem małą bądź żadnej styczność osobiście.

Agencje interaktywne w większości są to dość proste twory. Bazują na dziale a) programistycznym b) graficznym c) dziale sprzedaży. Mutacje są często spotykane i zdarza się, ze dział programistyczno / graficzny to dwie osoby (bo firma jest mała) albo w ogóle nie ma wyróżnienia miedzy kompetencjami i tworzony jest cos na kształt ogólnego działu produkcji. Jeśli jesteś dużą agencja to dodajesz dział d) marketingu e) kilka stanowisk w stylu „traffic manager” i ładną sekretarkę na wejściu.

Tajemnica poliszynela jest to, ze większość agencji (jeśli  nie wszystkie) na którymś etapie swojego rozwoju korzystają z tzw. zewnętrznych źródeł czyli nieśmiertelnych freelancerów (lub tez „finansjerów” jak mawiał jeden z poznanych programistów – Steciu rządzisz!). Modelowo wygląda to tak – uderza się do klienta na przetargu. Handlowcy się cieszą – widzą projekt na horyzoncie więc idą do grafików  żeby ci im „coś na już, na jutro” zajebistego wyczarowali. Najlepiej we flashu i 10 wersjach. Dział produkcji informuje, że jest zarąbany pracami stałymi (a tak naprawdę gra w gry) więc robota wyrzucana jest do kogoś na zewnątrz.

Co z tego wynika – ano to, ze większość agencji po prostu kłamie klientom mówiąc, ze osoby startujące w przetargach są pracownikami firmy (bo kto by się chciał ujawniać, że nie ma kasy na zatrudnienie dodatkowych osób). Po drugie najlepsze projekty sa wykonywane poza agencjami a często sama agencja nie ma do nich źródeł.

Freelancerzy to narodek bitny i chciwy (nie wiadomo czy w następnym miesiącu będzie co włożyć do garnka) wiec nabierają projektów jak chomiki marchewkę. Efektem czasem  jest, ze firma X zatrudnia tego samego podwykonawcę do przetargu co firma Y. Śmiesznie jest jeśli podwykonawca twierdzi, ze nie wiedział, ze startuje do tego samego przetargu.

Plotka głosi, ze w miarę stały i dobrze karmiony dział kreacji ma K2, Hypermedia i OS3 (zaciąg z Rybnika). Czy to oznacza, ze te firmy będę wygrywały masowo przetargi dzięki świetnemu zespołowi? A gdzie tam. Klient nasz pan czyli jeśli Pani Basia sekretarka i Pan Prezes postanowią inaczej to wygra projekt sporządzony na Paintbrushu przez 15 „młodego i zdolnego” kuzyna zarządu… A wiec nawet i silny zespól kreatywny nic nie jest w stanie zrobić jeśli trafi się na klienta głupka i prymitywa – a takich jest niestety większość. Nadal.

To może siłą agencji są programiści? Taaaa…ostatnimi czasy łowy na ludzi ze znajomością np. Javy sięgają już chyba Bułgarii. W moim prywatnym rankingu programiści są najmniej lojalnymi pracownikami.

Klepie taki sobie jakieś znaczki-maczki, klepie i nagle dzwoni telefon „praca, zarobki, lepsze warunki” słyszy taki Grzesio czy Czesio w tureckim sweterku. Idzie wiec na rozmowę, mamrocze kwotę, dostaje prace i znowu klepie kod (czasami ten sam). Nic się  nie zmienia – dziewczyny nadal na niego nie lecą, jądro linuksa samo się nie chce kompilować a do tego kolejna agencja nie różni się od poprzedniej.

Klepu, klepu – telefon „jest praca, lepsza praca itd.”. Final znamy. Przepraszam wszystkich znajomych programistów za takie pojechaniu po nich i wykonanym przez nich zawodzie, ale chłopaki sami sobie robicie kuku.

Obgadaliśmy grafików i programistów – czas na awangardę sprzedaży i kontaktu z klientem czyli handlowców (ewentualnie jeśli firma chce podnieść naszego ego bez podnoszenia pensji można mowic o „new business managerze”). Typowy handlowiec ma 25-28 lat, zwiedził już wiele firm (głównie nie związanych z branżą interaktywną) ma portfel wypchany wizytówkami i uwielbia spotykać się z klientami poza biurem w godzinach 12.00-16.00.

Wszyscy znani mi handlowcy dodatkowo (w godzinach pracy) prowadza ożywione dyskusje za pomoca komunikatora, szlajają się po knajpach do porannych godzin i zawsze (zawsze!) uważają, ze w następnym miesiącu sfinalizują kontrakt życia ( w domyśle – dostana gruba prowizje). Handlowcy posiadają jeszcze jedną denerwującą cechę – jest to najmniej kompetentna osoba do rozmów o technologiach z klientem. Na bank pomylą CSS z HTML albo przeglądarkę z wyszukiwarką. A potem człowieku rób to co handlowiec wynegocjował z klientem..

Po poziomie rotacji w dziale handlowym (średnia długość pracy – okres próbny) widać, ze i ten dział jest mocno rozchwiany i trudno mi pokazać jedna firmę interaktywną w której pracuje w dziale handlowym ktoś o kimś się mówi z uznaniem. Jakoś tak dziwnie się porobiło, ze sami szefowie lubią wietrzyć działy handlowców wywalając ich równie często jak oni się sami zwalniają. Taka karma.

To może technologia stanowi o wyższości agencji interaktywnych? Przepraszam jaka technologia? Klepanie kodu xhtml czy action script? To może słynne aplikacje klasy CMS? Bujda na resorach – w większości rozwiązań są to łatane na kolanie stare jak świat open source’owe kawałki kodu, które specjalnie dla klienta podczas prezentacji szumnie nazywane są konkurentami RedDota.

Odkąd open source stał się ulubioną  (bo darmową) alternatywa na rynku większość agencji pochowała po kieszeniach i szufladach swoje sztandarowe produkty w stylu forum dyskusyjne, ankieta czy wreszcie możliwość personalizowania stopki w mailu. Uff. Szkoda, że tak późno.

I tak źle i tak niedobrze. No to jakie są te duże polskie agencje interaktywne? Rozrośnięte, kiepsko dostosowane do warunków rynkowych i powoli tracące klientów na rzecz małych, mobilniejszych firm(emek) (takich jak moja, he he). Ręka w górę agencja posiadająca wewnętrzny dział: SEO, user-experience i usability. Okej, no to może regularnie szkoląca swoje działy?

To może przynajmniej któraś specjalizuje się w e-PR? I nie mówię tu o zbudowaniu takiego sobie narzędzia do wysyłania masowo maili.

Prawda jest taka, ze zdecydowana większość agencji tkwi w modelu: sprzedajemy klientowi WWW (czyli kod z obrazkami) plus może kupi u nas obslugę miesieczną. A oferta gdzie zaplanowanie reklamy i zaoferowanie zakupu mediów? A gdzie usługi pozycjonowania? A może wykorzystanie nowych form i kanalów reklamy telefony, telewizja internetowa, społeczności?

Dla dużych klientów agencje maja taki sam model współpracy tylko, ze ceny idą x 10 razy w górę. A i tak projekt zrobi zaufany freelancer spoza agencji i zakoduje. Bo tak będzie taniej i szybciej.

Te agencje, które są mało kreatywne staja się integratorami – kasa super, zamiast grafików zatrudnia się samych programistów i czesze bankowe aplikacje. A dwóch klientów jest w stanie utrzymać cala 50 osobowa firmę przez lata.

Kreatywność agencji jest limitowana nie tyle co brakiem kompetencji w zespole ale tez brakiem umiejętności edukacji swoich klientów. Jeśli nie powiesz klientowi, ze jest cos takiego jak link sponsorowany to czemu ma kupić u Ciebie usługę pozycjonowania? Ten akurat zarzut kieruje pod adresem managerów i wyższej kadry – Panie i Panowie ruszcie w końcu tyłki, bo na samych animacjach we fleszu dłużej nie da się kosić klientów na dziesiątki tysięcy złotych.

Czasami obserwując klientów, których dostaje „w spadku” po agencjach i ich potrzeby (chcę firmy, która będzie miłla dla mnie czas!) dziwię się, że duże agencje tak często zapominają o tym, ze to właśnie ich klienci są dla największym skarbem firmy.

A jeśli oni odejdą pewnego dnia to jedyne co pozostanie to usiąść i rozmyślać nad założeniem kolejnej agencji interaktywnej.

Takiej prawdziwej, dużej.

PS. Po wiecęj przemyśleń na różne tematy zapraszam na swojego bloga http://www.blog.kurasinski.com

Podziel się! |
Komentarze (45)
« Poprzednia  5 / 5 
simon
41. simon 21.06.2007 / 14:19
Co do programistów.. wg mnie dla osób na tym stanowisku ważna jest możliwości rozwoju i samorealizacji.. może to jest problem.. może agencje inter. tego nie widzą i dlatego jest taka sytuacja jak opisywałeś wyżej.. a nie tylko kwestia pensji.
bong
42. bong 26.06.2007 / 14:07
Pisze to z pozycji osoby ktora porusza sie po rynku malych agencji. Moim zdaniem slowa artura choc rzeczywiscie momentami zbednie "zadziorne" maja w sobie duzo prawdy, niekompetencja na rynku reklamy zaczyna byc widoczna dosc szybko dla kogos kto w nim pracuje i rozwija sie.

Najgorsza pod tym wzgledem czescia rynku jest strefa "ponizej", skladajaca sie z b. malych agencji i b. malych klientow. Stawki sa tam smieszne, wykonanie adekwatne czyli zalosne. Niestety ta grupa podkopuje grunt innym malym firmom z ambicjami.

Moja teoria (moze dosc kontrowersyjna jak na projektanta) zaklada ze poziom swiadomosci naszego krajowego odbiorcy jeszcze ciagle jest bardzo nisko, pewne branze wytworzyly pozytywny wzorzec (mam na mysli np telefonie kom, albo np czesciowo brzanza spozywcza), ale dla wielu przedsiewziec tak na prawde nie ma znaczenia jak wyglada reklama byle zawierala czesc informacyjna. Stad taka popularnosc opisanych przez Artura "kuzynow", oraz nadmienionych przeze mnie firm. Klient sklania sie do firmy ktora raz ze bedzie tania, dwa - zrobi bez szemrania to co on pokaze palscem, natomiast rynek tego nie weryfikuje i klient rozwija sie spokojnie dalej zachowujac przeswiadczenie ze robi dobrze.

Ja sam przepracowalem par lat w agencjach "srednich" uczac sie ile tylko moglem wszystkiego naokolo, stosunkowo niedawno zdecydowalem sie wykonac jakis krok w karierze, nie zrobilem jednak tego co wskazuje najprostsza linia ruchu, czyli nie poszedlem do wielkiej agencji obslugujacej topowych klientow. Zamiast tego postanowilem (liczac na wieksze mozliwosci kreacji, samorealizacji) sprobowac wspolpracy z mniejsza poczatkujaca firma. Mija kilka miesiecy i widze jakie to trudne z powodu w/w praktyk, i widze jak firmy rozwijajace sie rownolegle wyjmuja mi zlecenia np. oferujac cene ktora sam uznaje za nierentowna dla danego przesiewziecia (nie po prostu niska, nierentowna)
autor wymożony
43. autor wymożony 11.06.2011 / 14:31
Taki zawód programistów, że zarabiają na dostępności kredytu na postęp technologiczny, a nie na budowaniu lojalnego profilu, jak inni. W innym świecie mogliby np. blogować-tłumaczyć, że tyle się namęczyli, pisząc kod także ponad 8 godzin dziennie, które uznane jest za humanitarne w tym odcinku cywilizacji, a pracodawca go sobie kopiuje i kopiuje, nie dzieląc się zyskiem. Najśmieszniejsze, że właśnie nie ma żadnych kar za rozstawanie się z pracodawcą - jeden spróbuje wywrzeć emocjonalną presję na dziejową konieczność kontynuacji pracy bez inflacji, to się go rzuci, i następnego, i następnego - za każdym razem dostając więcej kasy. I mean, programowanie wymaga nieco autyzmu i znieczulenia na takie społeczne dyskredytowanie tego jako pisanie znaczków-maczków, jak tu prezentujesz, więc trzeba sobie rekompensować kasą. C'est la vie. Młodzi po studiach i na studiach szczególnie przyjezdni jeszcze o kształcie rynku nie wiedzą, to można ich trochę dłużej tresować do lojalności - z tego, co widziałem.
autor wymożony
44. autor wymożony 11.06.2011 / 14:43
Bo nieprogramiści mają zwyczaj narrować, że każdy jest tak samo wartościowy, nie dopuszczając myśli, że obsłużenie milionów ludzi oprogramowaniem gdzieś tam w cyberrzeczywistości mogłoby być bardziej wartościowe.

O pać, taki śmieszny przygarbiony typek, niemożliwe, że robi coś wartościowego. Prezes się zgadza, że jest śmieszny, szczególnie, że mu wypłacił mniejszą pensję niż sobie, to musi być śmieszolek. 8) Kto by pomyślał, że solidne oprogramowanie tworzy. Jak by był dobry, toby zamiast skupiać się na logice kodu, toby pierdolił non stop o dobroci oprogramowania. No normalne, że im lepszy człowiek, tym więcej gada.
ten obcy
45. ten obcy 11.06.2011 / 15:55
Co to jest ta branża interaktywna? Przerzucanie interakcji społecznych i rynkowych na Internet? Ledwo, co po 89 przyjęliśmy zachodnie wzorce produkcji i konsumpcji, to już wiadomo, jakie promowanie konsumpcji w Internecie przez agencję interaktywną jest dobre, a jakie złe, nieprofesjonalne? Po co się ścigać, kto pełniej wrzuci konsumpcję na Internet? Jak Arturze zapłacisz 15000 PLN na miesiąc, to chętnie zostanę Twoim lojalnym programistą na parę lat i nie będziesz musiał cierpieć tej rynkowej mediocrity. Parę lat wcześniej próbowałem oferować "usability", ale zastany światopogląd mi tylko wyliczał za mało formalnej, nieinnowacyjnej edukacji, albo niebycie prezesem firmy audytującej. Haha, to było zabawne, jak po paru miesiącach nowa prawda pojawiła się w agencji, że strony pewnej firmy produkującej kremy są niedostępne,
« Poprzednia  5 / 5 
Trwa zapisywanie komentarza
Dodaj komentarz
Nie bądź anonimowy. Zarejestruj się! Otrzymasz profil dzięki, któremu Twoje komentarze będą bardziej wiarygodne. Będziesz miał również dostęp do newslettera, ofert pracy, forum dyskusyjnego oraz kontaktu do innych zarejestrowanych osób.
wymagane
 
 
wymagane,niepublikowane
 
obrazek nieczytelny
 
 
Po dodaniu komentarza, Twój adres IP będzie widoczny obok nicka.
wyślij
Arrow
newsletter
 
Arrow
Loader
ostatnie komentarze
więcej
 

Dołącz do społeczności interaktywnie.com
 
 
 
© 2012 interaktywnie.com. All rights reserved.