Grzegorz Miłkowski: Miał Pan okazję pracować już w dwóch szwedzkich agencjach interaktywnych. Jakie najważniejsze różnice zauważa Pan zestawiając pracę flash developera w Polsce oraz w Szwecji.
Jacek Zakowicz: Rola flash developera ogranicza się do takich samych czynności, jak miało to miejsce na stanowisku w Polsce. W Fi pracuję na stanowisku interactive developer. Jest to szersze pojęcie i do moich obowiązków między innymi należy również pomoc przy tworzeniu wireframes.
Różnice w pracy pomiędzy środowiskiem polskim i szwedzkim obejmują głównie sposób zarządzania projektem oraz komunikacji między zespołem i klientem. Duży nacisk kładzie się na dobrą współpracę wewnątrz zespołu. Na porządku dziennym są tutaj liczne spotkania i narady w trakcie trwania projektu. Ta praktyka wynika po części ze szwedzkiej mentalności, a po części z doświadczenia płynącego z wieloletniej obecności na rynku.
Czy prowadzenie projektu w Fantasy Interactive różni się w jakiś zasadniczy sposób od metod pracy polskich agencji interaktywnych?
Wydaje mi się, że wszystko jest tu bardziej zorganizowane i przemyślane. W Fi żadna decyzja związana z designem nie jest pozostawiana przypadkowi. Wireframes są na tyle dopracowane, że one same wyglądają jakby były osobnym projektem. Dużo czasu spędza się na ustalaniu i optymalizacji rozwiązań stosowanych na dowolnej ścieżce użytkownika. Każdy pracownik firmy może zaproponować rozwiązanie, nawet gdy bezpośrednio nie jest zaangażowany w projekt. Tu uważa się, że każdy może wnieść coś, co zadecyduje o sukcesie projektu.
Poza tym, w cały proces mocno angażowany jest sam klient i oczekuje się “feedbacku” w najwcześniejszym możliwym momencie. W samym etapie produkcji stosuje się model bardzo częstych iteracji. Raport składa się praktycznie codziennie. Dzięki temu zarówno producent, jak i każda osoba w zespole wie, jak zaawansowane są prace. Trudności i opóźnienia w realizacji są sygnalizowane na bardzo wczesnym etapie.
W Polsce coraz liczniejszą grupę stanowią graficy-freelancerzy. Jak wygląda ich sytuacja w Szwecji? Czy osoby pracujące na własny rachunek mają tam większe możliwości rozwoju? Czy może tak jak u nas, aby zaistnieć jako wolny strzelec, trzeba mieć wyrobione nazwisko.
Zdążyłem zauważyć na przykładzie firm, z którymi miałem sposobność współpracować, że wszystkie ważne projekty są przygotowywane przez etatowych designerów. Jestem w stanie przytoczyć nieliczne przypadki, w większości mało znaczące, jak np. projekt banneru, które zostały zlecone freelancerowi.
Sytuację na rynku potencjalnego grafika-freelancera pogarsza fakt, iż jest on mocno nasycony tego typu profesjonalistami. Silną konkurencję stanowią głównie wychowankowie prężnie działających ośrodków edukacyjnych, takich jak: Hyper Island czy Berghs School of Communication. Jedyną grupą grafików-freelancerów, która radzi sobie stosunkowo dobrze, a co za tym idzie może liczyć na interesujące zlecenia, są specjaliści 3D. Muszę jednak dodać, że nawet oni muszą się liczyć z dużymi ograniczeniami ze strony zleceniodawcy.
Reasumując, jest tutaj wielu wolnych strzelców - zarówno grafików, jak i developerów. Często w momencie zlecenia pracują oni na stanowisku w biurze, nie ze swojej własnej lokacji/domu, a to chyba nowość dla polskiego freelancera. Należy jednak pamiętać, że firmy takie jak: Fi czy North Kingdom decydują się na współpracę tylko z najwyższej jakości profesjonalistami, z wyrobionym nazwiskiem i marką. Jak widać ta zasada obowiązuje również w Szwecji.
No i tak powinno być.
Przydałoby się więcej pytań i odpowiedzi, które podkreśliłyby różnice w samej produkcji w agencjach takich jak NK / FI i tych z polskiego podwórka... Na emigracji jest jeszcze kilku kilku fachowców, którzy mogliby podzielić się swoimi spostrzeżeniami.
Dodaj komentarz
Podobne tematy